Kategorie: Wszystkie | Filmikowe | Ilustrowane | Raca | Relacje | Samo gadanie | Zapiski o... | agility
RSS
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
LoLaBuLand

To będzie długi wpis, przygotujcie się ;)

Wszystko zaczęło się dawno, jakieś 8 czy 9 miesięcy temu. Silvia Trkman - osoba, której w agilitowym świecie przedstawiać nikomu nie trzeba - ogłosiła, że latem 2011 zorganizuje u siebie "w domu" obozy agility. Szybkie narady, nerwowe czekanie i szybka informacja - przyjęci! :) Hip hip hura!

I tak na początku sierpnia zapakowałam aygo starannie i dokładnie i ruszyłam w daleką podróż (1150km w jedną stronę). Kiedy na trasie dotarło do mnie, że ten wyjazd stał się faktem, że tym razem nic mi przeszkodziło, poczułam się potwornie szczęśliwa. Musiałam wyglądać zabawnie tańcząc za kierownicą podczas jazdy za traktorem ;)

Szybki nocleg na trasie, przepakowanie manatek i następnego dnia - teraz już busem - ruszyliśmy w dalszą drogę. Psy komfortowo, każdy w swojej klateczce, klima, słowem - ful wypas :)

Drogi - w większości autostrady - prowadziły nas gładko i szybko, ale kiedy z nich zjechaliśmy, mogliśmy się poczuć całkiem swojsko patrząc na asfalt ;)
droga

ale wystarczyło podnieść głowę, żeby się przekonać, że już dawno opuściliśmy Polskę:
gorki

Jeszcze tylko ostatni tunel
tunel Ljubelj

i jesteśmy w upragnionej Słowenii!

Jeszcze kawałek zwykłą drogą, potem autostrada, potem przypadkowy przejazd przez Ljubljanę ;) i wreszcie JESTEŚMY!!
LoLaBuLand

Rozbiliśmy nasze namioty, rozlokowaliśmy psie klatki, niektórzy nawet połączyli się z internetem ;) Zapadł zmrok, podekscytowanie ustąpiło zmęczeniu i poszliśmy spać...

Następnego dnia ta pani
Silvia

ostro wzięła nas do galopu ;) Układ treningów nas nieco zaskoczył - o 9 zaczynaliśmy trening (dział: "handling") - wszyscy razem (znaczy się te 11 czy 12 psów :o). Oznaczało to długie czekanie na swoją kolej, ale szybko okazało się, że przynajmniej psy mają więcej czasu na regenerację w tym upale, a że z placu do namiotu mamy rzut beretem to spokojnie można je tam odstawiać. A i biegania wcale nie było mało!

Silvia zaczynała zawsze od zaprezentowania kolejności przeszkód. Obłęd na kółkach ;) zazwyczaj każdy przynajmniej raz się gubił. Tory przeprawiały o zawrót głowy :D Były naprawdę szybkie i wymagały ciągłej koncentracji, każdy punkt potrafił kryć w sobie pułapkę. Trudne wejścia w slalom, kuszące proste tunele jeden na wprost drugiego itd. Czad po prostu :D Żałowałam trochę, że z Racą nie skończyłam ani strefówek, ani slalomu, przez co nie mogłam ich biegać. Ale Silvia dbała, żebym się nie nudziła, wymyślając mi tory alternatywne :D No tak, bo chyba nie wspomniałam, że moim "psem do biegania" była Raca, Uny kontuzja wciąż nie pozwalała jej na treningi :( tak więc kelpik zasuwał po przeszkodach aż się kurzyło i cóż mogę powiedzieć? Był bardzo, bardzo dzielny! Słuchał co się do niego mówi (a Silvia pilnowała, żebym mówiła na czas!), starał się bardzo, na "naprzód" zamieniał się w geparda i w ogóle - na tych trudnych torach naprawdę dawał radę! A ja dostałam od Silvii to, czego mi było potrzeba - porządną dawkę wyzwań z bardzo staranną oceną co robię źle i z radą jak mogę zrobić to lepiej :)

Zdjęcia? Owszem, robiłam zdjęcia ćwiczącym psom, ale też przyznaję bez bicia - koncentrowałam się głównie na "naszych":

Eri Eri

Romek i Evo Evo

Olga z Bravą Brava

Vigo Vigo

Zajęcia z handlingu kończyły się o 13, kiedy to przyjeżdżał lunch (dla tych bogatych, biedota pichciła sobie samodzielnie;) ). Ok, czasem nie wszyscy zdążyli pobiec, wtedy ich kolejka była przenoszona na "po lunchu".
W czasie tej półtoragodzinnej przerwy towarzystwo rozpełzało się po okolicy;) "nasi" zazwyczaj szli na spacer do lasu. Ja za to poświęcałam ten czas Unie - masowałam jej pilnie mięsień, brałam na krótki spacer fizjologiczny, a potem na przejażdżkę rowerem (tak! mieliśmy nawet rower!), po której pozwalałam jej nieco pogonić za piłeczką, a pod koniec nawet minimalnie coś skoczyć.
Około 14.30 wracaliśmy na plac, tym razem na "foundations". W tym dziale Silvia skupiała się na podstawach. Tak więc mieliśmy aż dwa spotkania poświęcone cik/cakom (czyli ciasnym zakrętom, które - tłumaczę niewtajemniczonym - są (razem z bieganymi strefami) wizytówką Silvii), było spotkanie strefowe i slalomowe, było też bardzo zabawne :mrgreen: spotkanie "in or out", na którym poległa zdecydowana większość. Silvia ustawiła 4 hopki między tunelami i trzeba było na nich zrobić tak: tunel - serpentyna na czterech hopkach - tunel - cztery hopki skakane od strony przewodnika - tunel - cztery hopki skakakne do przewodnika. Obłęd na kółkach:D
Z foundations gładko przechodziliśmy do ostatniej części czyli tricków (tu podmieniałam psy, na sztuczkowe zajęcia zabierałam Uniaka). Bardzo podobało mi się, że Silvia sztuczki tak fajnie uporządkowała i podzieliła na działy (a więc były najpierw proste sztuczki z dotykania łapami, potem różne cofania, sztuczki "na balans" (jak np. podnoszenie dwóch bocznych łap) i sztuczki rozciągające), jak również zachwyciły mnie niektóre jej pomysły, które powodowały, że sztuczka ze strasznie trudnej stawała się całkiem prostą do nauczenia:D
Kiedy kończyliśmy i dzionek się kończył, czas było usiąść, pogadać, pojeść 8-) pograć (wygrałam wszystkie rozegrane partie scrabble!*) lub pooglądać filmy i wreszcie - pójść spać. Brzmi nudnawo? Wcale tak nie było! Przede wszystkim - byliśmy w świetnym towarzystwie, dobrze zgraną paczką i dobrze nam było ze sobą :love: Poza tym niektóre rozmowy były naprawdę ciekawe. Pozwolę przytoczyć sobie jeden dialog (podczas zajęć ze sztuczek):
- "Romek, smaczki mi się kończą, może pojedziemy nad morze?"
- "Jasne".
I tak wylądowaliśmy... we Włoskim Trieście:
Obrazek

Połaziliśmy z naszą ósemką psów po nabrzeżu, pogapiliśmy się w dal
Obrazek
i generalnie przyciągaliśmy spojrzenia :lol:

(photo by Olga).

I do tego na końcu molo zrobiliśmy scenę, bo ja już miałam dość tych moich potworów i odpięłam smycze. Każdemu odpięciu karabinku towarzyszył głośny plusk - moje wydry bez wahania władowały się do morza!
Obrazek

Obrazek

Dodam do tego, że pozostałe psy wejść do wody się bały, ale za to się podnieciły, któryś zaczął szczekać, ja moich nie mogłam wyłowić, bo co jedną złapałam, to druga nawiewała :lol: Słowem, cały Triest wiedział, że tam jesteśmy :lol: 

Po kąpieli moich wydr odstawiliśmy część towarzystwa do auta i w mniejszym gronie poszliśmy na pizze, a potem na nocny spacer po mieście:
Obrazek
Było bajecznie i szalono (Ci co mieli psy poćwiczyli cik/caki na betonowych słupkach otaczających jakiś pomnik :lol: ).
Po powrocie głęboką nocą do LoLaBuLandu padliśmy jak kawki :lol:

Innego wieczoru wyskoczyliśmy do Ljubljany spotkać się ze znajomymi, połaziliśmy po mieście (nie wzięłam aparatu, więc dokumentacji brak), po czym spędziliśmy miły wieczór gadając i popijając niskoalkoholowe trunki. Przysięgam, że moje to były całkiem bezalkoholowe. I że mój aparat nie pił nic a nic!!
Obrazek
:D :D :D

To może jeszcze kilka kadrów z LoLaBuLandowych okolic:
Obrazek

Obrazek

i tych pań to było tam stanowczo za dużo!
Obrazek

To może milsze widoki:Obrazek


Obrazek

Co jeszcze? Ach, Alpy oczywiście! W niedzielę, kiedy obóz się już zakończył :( wybraliśmy się z kolejnym słoweńskim znajomych na wycieczkę w Alpy
Obrazek

Cóż tu dużo mówić? Ślicznie było niesłychanie, widoki zapierające dech w piersiach, banda 9 psów całkiem legalnie (sic!!) biegała razem z nami bez smyczy (znaczy się Una była na smyczy przez większość czasu, ale to ze względu na łapę).
Obrazek

Triglav, najwyższy szczyt Słowenii
Obrazek

Nasza banda:
Obrazek

Obrazek

I pozwolę sobie wkleić dwa zdjęcia Iztoka:

(przepaść za psimi plecami ma 300m głębokości)

a to mnie strasznie śmieszy:


Ja w tym czasie robiłam to zdjęcie:
Obrazek

To wszystko? Prawie! Zostało nam tylko zmoczenie psów w górskim strumyku (konkretnie w Sawie)

i nadszedł smutny czas pożegnania z LoLaBuLandem...

Dla tych którzy dobrnęli do samego końca mam jeszcze poobozową superprodukcję :D

 

*rozegraliśmy jedną :lol:

14:03, hulajdusza4 , Relacje
Link Komentarze (2) »
środa, 13 lipca 2011
27 stopni

Kilka dni temu na facebooku na znajomym profilu pojawił się opis "jutro 27 stopni!!! - ktoś chętny na wypad nad jezioro?"
Propozycja zabrzmiała wysoce kusząco :mrgreen: drobna zmiana planów wydała się całkiem niezbędna i tak w tamtem ciepły dzionek wylądowałam z Martą, Duszką i Racą nad jeziorem. Pierwsze zejście do wody, przy którym się zatrzymałyśmy, było takie sobie - tzn piasek w wodzie ładny, ale całość w cieniu, wąsko i w ogóle. Po chwili dobił do nas Paweł z Ayo, twierdząc stanowczo, że zna świetną plażę po drugiej stronie jeziora. Zwinęliśmy się więc, przemaszerowaliśmy, podjechaliśmy samochodami, poszliśmy. Plaża owszem, była suuuper, tylko zajęta przez wędkarza :lol: Podreptaliśmy więc dalej i ostatecznie zdecydowaliśmy się na coś, co chyba było przystanią rybacką. Znaczy się był tam pomost (wejście na pomost było zastawione rowerem wodnym, ale Marta zagadała miło do jakiegoś pana i powiedział, że możemy śmigać przez ten rower - więc śmigaliśmy :lol: ), łódki, sieci, sprzęt rybacki, byli też rybacy, z którymi Marta (ona to potrafi, naprawdę niesamowite!) w pięć sekund była w dobrych stosunkach. Psy pływały do upadłego, uczyły się skakać z pomostu, gubiły i znajdowały piłki i w ogóle było wesoło :D 

Skład dowodny:

Po lewej Duszka, pośrodku Raca, po prawej Ayo (Paweł z Ayo był tylko trochę, a i Ayo nie była taka przebojowa w wodzie jak nasze wydry).

Duszka ze swoim kongiem:
Obrazek

Duszka i Raca ze startu synchronicznego ;) Ayo została z tyłu ;)
Obrazek

Każda ze swoją zabawką:
Obrazek
Co ciekawe, nie chciały aportować nie swoich zabawek, Raca pluła kongiem, Duszka piłeczką, każda brała swoją zabawkę i tylko ją :shock:

Ayo patrząca na to szalone towarzystwo:
Obrazek

"Ale to moooooooja piłka..."
Obrazek

Niezgodność kierunków :lol:
Obrazek

Wspominałam o skokach z pomostu? Było śmiesznie :mrgreen: Poszukując jakiegoś dobrego miejsca napotkałyśmy pomost, ładny, zadbany, gładki, ale dość wysoko stojący ponad lustrem wody. Raca stanowczo odmówiła jakiejkolwiek próby skoku, natomiast Duszka owszem, myk myk do wody, żadnych oporów. Tyle, że skakała poniekąd... na główkę. No nie wiem jak to inaczej nazwać, wbijała się do wody pyskiem i jakoś przednią łapą, rozprysk wody był przy tym niewielki, za to pies cały znikał pod wodą :shock:

Natomiast na "naszej" przystani pomost był starszy, chropowaty, nieco krzywy i całkiem nisko stojący nad wodą. Mający zresztą niższe i wyższe punkty. Wydawało mi się, że Raca jest bliska przełamania się, więc Marta ją przytrzymała i zablokowała drogę na brzeg, a ja weszłam do wody z piłeczką w ręku:
Obrazek

Potem poszło już z górki :love:
Obrazek

Aczkolwiek jak widać, zasięg skoku wynosi nieco więcej niż jej długość. Ewidentnie nie próbowała skakać dalej. Ciekawe czy to przyjdzie z czasem?

Obrazek

Obrazek

i Duszka w całej okazałości:
Obrazek

Mam jeszcze filmik, całkiem calkiem w całości, bo nie mam jak obrabiać teraz:

 

 

A co z Uną? Na zawodach w Czechowicach w sobotę biegała wolno, w niedzielę jeden bieg był fatalny, zrzuciła ileś tyczek i skakała bardzo brzydko i ciężko. Ostatni bieg z nią zaczęłam i widząc, że dalej fatalnie skacze po prostu zeszłam z toru. Dałam jej jakieś dwa tygodnie odpoczynku po czym zrobiłam mały test, który jasno wykazał, że dalej jest coś nie tak i że łapa ją boli. Ostatecznie więc wylądowałyśmy u weterynarza i to tym razem chyba całkiem odpowiedniego. Zaczęło się trochę nie tak (czy wypada pytać specjalistę ortopedę, szefa dużej kliniki weterynaryjnej czy ma kwalifikacje, żeby zdiagnozować problem? :roll: ), po czym trwało to koszmarnie długo i wyrwało mi potężną dziurę w kieszeni. Una - jak na siebie - była super dzielna. Biegała po bieżni (pierwszy raz w życiu! i naprawdę dawała radę, nawet mi potem powiedzieli, że nigdy nie udało im się puścić takim tempem psa przy pierwszym spotkaniu z bieżnią), dawała się dokładnie i precyzyjnie macać, dała sobie strzelić 5 zdjęć rtg (w tym 3 w pozycji brzuchem do góry).
Wszystko to pozwoliło ortopedzie na postawienie diagnozy: zapalenie trzeszczki podkolanowej (jeśli nigdy wcześniej nie słyszeliście słowa "trzeszczka" to się nie martwcie, ja też nie słyszałam). Dostała domiejscowo steryd o przedłużonym działaniu, prikaz ograniczenia ruchu, za dwa tygodnie powinnam się z nią zjawić do kontroli i na kolejną dawkę sterydu, a w międzyczasie powinnam z nią chodzić na rehabilitację (czy ktoś ma maszynkę do drukowania pieniędzy??). Przewidywany okres leczenia: miesiąc :roll:

Dla niezorientowanych (jak ja) w temacie - RTG Uny kolanka z opisem:

Te małe kosteczki z tylnej strony kolana to owe sławetne trzeszki. Z jednej strony jest do nich przyłączony mięsień, a z drugiej chyba więzadło (?) i któreś z tych łączeń jest bolesne.

11:08, hulajdusza4
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 czerwca 2011
Chorzowski chillout

Miniony weekend spędziłam z psami w Chorzowie. Cóż nas tam ściągnęło? Oczywiście zawody agility!

Zawody znów wysokiej rangi, bo były to ostanie w sezonie zawody kwalifikacyjne do Mistrzostw Świata, co zapowiadało spory dreszczyk emocji. Dlaczego więc chillout? Bo pogoda była iście wypoczynkowa, atmosfera wakacyjna, grono przyjaciół wokół, zawody w kapitalnym parku, "tubylcy" niesamowicie życzliwi, pyszne lody w pobliżu. Żyć, nie umierać! :)

Tory były ciekawe, z biegów - zwłaszcza biorąc pod uwagę kręgosłupowe problemy - jestem całkiem zadowolona, chociaż wiele nie ugrałam. Ale Uniak był bardzo dzielny jak zwykle :) Nasz najlepszy rezultat to drugie miejsce w niedzielnym agility open:

Przy okazji Raca poćwiczyła trochę na rozgrzewkowych hopkach. Kiedy ostatnio mówiłam, że ona jest absolutnie boska? Młoda dba o odpowiednio wysoki poziom endorfin we krwi :)

Do tego wszystkiego miłe miejsce noclegowe, sobotni pyszny grill na agilitowym placyku ze stadem psów, z których przynajmniej połowa zaklinała się stanowczo, że w życiu nic nie jadła ;) Naprawdę żal było wsiadać do małego czerwonego psiowozu na te bite pięć i pół godziny jazdy do domu...

 

PS I do tego Una tym zdjęciem:

http://katowice.gazeta.pl/katowice/51,35019,9772179.html?i=2

lansowała się w papierowej wersji lokalnej gazety :o jak widać opłaciło się tyle lat treningu przed obiektywem ;)

15:10, hulajdusza4
Link Komentarze (2) »
środa, 01 czerwca 2011
Wieści?

Ahoj!

Wiem, że nasz blog w zasadzie jest martwy, ale skoro już zmobilizowałam się do pełnej przebudowy naszej strony, to może i tutaj naskrobię kilka słów :)

Cóż się u nas dzieje? Chyba przede wszystkim czas leci... Raca, zupełnie nie wiem kiedy, skończyła rok! :o Z tej okazji nawet popełniłam urodziny filmik:

Nadal jest takim dobrym, słodkim "dzieckiem", uwielbiającym mizianka, przytulanie, bycie blisko i nadal jest wytrzałową rakietą, kiedy zabieramy się do jakiejś roboty :) Jest przefantastyczna i tyle :) Zaczęłyśmy trochę dłubać agilitowo (widać na filmiku), ale tylko trochę i teraz mamy przerwę, bo mam problemy z kręgosłupem i w tej chwili - zakaz biegania... cieszymy się więc wspólnymi spacerami :D

Una ma już lat prawie siedem i wciąż jest pełna życia i wigoru, aczkolwiek - zwłaszcza przy młodej, giętkiej i pełnej energii Racy - widać, że już nie jest takim całkiem młodzieniaszkiem. Kiedy jeszcze biegałam ;) udało nam się wygrać jeden dzień kwalifikacji do Mistrzostw Świata Agility:

z czego jestem bardzo dumna :) Sędziował Rolf Graber, który będzie sędziował MŚ. Tory postawił takie, że miny wszystkim na zapoznaniach rzedły ;) tego dnia oba biegi openowe ukończyło tylko 15 psów (na 51!) :o i najlepsziej zrobiła to własnie Una! Jak tu nie być dumnym? :)

 

I to chyba tyle!

13:25, hulajdusza4 , Filmikowe
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 08 listopada 2010
Międzynarodowa Wystawa Psów w Poznaniu

Jak co roku w Poznaniu na targach była Międzynarodowa Wystawa Psów Rasowych. Raca się na niej socjalizowała, Una biegała na pokazach agility i po wystawowym ringu :lol:
W skrócie: jestem bardzo zadowolona z obu :love:

W mniejszym skrócie ;)
Ze względu na pokazy agility miałam okazję być na hali w piątkowy wieczór (noc właściwie :lol: ) i oczywiście zabrałam ze sobą Racuszka. Wsiowy mój burek wszedł zatem na niemalże pustą halę, lekko ugiął łapki, przywitał się trwożliwie ze biegającym totalnie bez dozoru gończym młodzikiem, po czym uznał, że jest ok. Okazję wykorzystałyśmy maksymalnie, czyli Raca nie tylko obeszła sobie całą halę, ale też poszarpała się ze mną zabawką na wykładzinie - i byłam z niej bardzo, bardzo, bardzo dumna, bo szarpała się ze mną, kiedy obok za frisbee biegały dwa-trzy bordery, a za nią jeszcze łaził ten gończak - i nie puściła, nie przerwała, nie rozproszyła się, chociaż na szczeniaka będącego tuż tuż zerkała. Kiedy gończy sobie polazł, to porobiła też w tych warunkach swoje śliczne zostawania (obok biegające bordery!!) i - w ramach chwytania okazji za ogon - zrobiłyśmy puppy set point na wykładzinie (Susan Salo podkreśla, że ważne jest ćwiczenie na różnych nawierzchniach, okazja potrenowania na hali na wykładzinie? Rzadka!). Szczeniak pracował absolutnie normalnie, całkiem tak jak zawsze :love: na "deser" jeszcze Raca miała okazję pobawić się ze szczeniakiem parsonem i muszę powiedzieć, że się naprawdę ładnie bawiły (ja po Unie jestem na tle psiej zabawy nieco przewrażliwiona, Uny zabawa jest o pół kroku od bójki, a źródło tego jest m.in. właśnie w niedobrych zabawach w szczenięctwie).

W sobotę i w niedzielę na halach już było tłoczno, ale Raca już z halą była zaznajomiona, więc bez problemów - łaziłam z nią po stoiskach, między halami, po halach. Generalnie zatrzymywało nas mnóstwo ludzi witając się ze mną, głaszcząc Racę, część najwyraźniej nas znała, ja nie zawsze wiedziałam, z kim mam przyjemność :lol:



Una biegała na pokazach agility, ale ze względu na moją poturbowaną kostkę, Uny przewodnikiem była Paula. Sucz biegała ładnie, jestem z niej bardzo zadowolona :) i na dodatek elegancko pracowała z Paulą, kiedy ja stałam na środku toru, była taka dzielna :love: aaa, i wygrała wyścigi slalomowe :D



W sobotę do tego Una miała przebadane oczy (wynik badania: oczy czyste) w ramach wspólnej akcji Klubu Ogara i Gończego Polskiego oraz bodajże AR w Lublinie - chcą przebadać oczy jak największej ilości psów i spróbować określić dziedziczenie PRA u polskich ras myśliwskich. W związku z tym badają psy za darmo i pobierają materiał genetyczny. Świetna inicjatywa, popieram całym sercem :)

A w niedzielę Una biegała po ringu wystawowym (kiedy mijał termin zgłoszeń, nie wiedziałam o pokazach, a że wiedziałam, że będę chciała wejść na teren wystawy z dwoma psami, to chociaż jednego chciałam mieć "na legalu"), a że gończe są wystawiane za darmo, to co mi szkodziło? Do niczego nam to niepotrzebne, szampionatu się Una dochrapała już dawno, na wystawowe wygrywanie to ona nie dość ładna, jest, ale skoro potrzebowałam wejściówkę... 8-) W każdym razie Una zachowała się bardzo dziwnie, bo cofnęła się przed sędziną i nie chciała się jej dać obmacać :shock: Szok, bo ona do ludzi jest zawsze bardzo miło nastawiona i zawsze problemem przy jej macaniu było to, że się radośnie do sędziego wiła :lol: oprócz lekkich problemów z macaniem pokazała się bardzo ładnie, ładnie biegała i ładnie stała :) Ocena absolutnie zgodna z przewidywaniami: dosk, 2/2 :lol:

 

Za zdjęcia dziękuję: niezawodnym JiMom oraz Markowi Rezonowemu :)

22:42, hulajdusza4 , Relacje
Link Komentarze (7) »
wtorek, 12 października 2010
Psy w majonezie

Niezbyt dawno temu kupiłam obu psom nowe obroże i smycze

smycz

i chciałam dziś na spacerze porobić im paradne fotki. Marzenie ścietej głowy chociaż szczerze to dziś nawet nie było aż tak źle - gończy, jak wiadomo nie od dziś, zalicza się do kategorii "modelki profesjonalne":
Una na smyczy

Una portret

a i szczeniak robił co mógł:
Raca na smycz

Problemem tym razem były nie psy, a pogoda, która była bajecznie zdjęciowa, ino nie do takich zdjęć, jakie sobie zaplanowałam. Jednakże plany są po to, żeby je zmieniać ;) co oczywiście bezzwłocznie uczyniłam, zamieniając spacer pozowany na spacer antypedagogiczny (czyli: "Una biegaj! Co tam tak pachnie?" i "Raca, gdzie Una?"). Odkręcać to będę musiała przez tydzień przynajmniej, ale może warto było? ;)

Co to wszystko ma wspólnego z majonezem? Otóż jeśli świeci słoneczko tak właśnie, jak świeciło sobie dziś, to zatapia krajobraz w powodzi złota, co fotografowie z niektórych kręgów prozaicznie nazywają "majonezem". Tak więc oto zapowiadane w tytule - psy w majonezie:

 

Dziękujemy za uwagę! Pa!

21:15, hulajdusza4 , Ilustrowane
Link Komentarze (1) »
środa, 06 października 2010
O Racy, czyli Dobry Szczeniak

Raca jest z nami już ponad miesiąc, urosła, zmieniła się, i chyba czas napisać o niej kilka słów :)

 

Jest fajnym szczeniakiem. Po części bardzo nieszczenięcym - nie wygląda jak szczeniak, nie rusza się jak szczeniak i nie pracuje jak szczeniak. Wygląda coraz bardziej jak miniatura dorosłego kelpika
Raca portret

kiedy coś razem robimy, a nie jest to zabawa, traktuje to bardzo poważnie: chce zrozumieć czego od niej oczekuję.  Kiedy zrozumie - robi to, ładnie, szybko i z entuzjazmem. Przy kształtowaniu pracuje spokojnie, myśli, nie frustruje sie, nie miota. Skupia się na niesamowicie długo. Całkiem nie jak szczeniak!

Raca waruje

Bardzo ładnie się bawi, szarpie zabawkami, uwielbia dorwanie rzuconej zabawki i zamordowanie jej. Aportuje średnio :) w każdym razie w porównaniu z Uną ;)

Raca z piłką

Za każdym razem, kiedy o niej myslę, to wychodzi mi, że to taki Dobry Szczeniak jest. Nie stwarzający specjalnych problemów, lubiący mizianka, dobrze się bawiący i dobrze się uczący, bez większych problemów z psami lub ludźmi. Możliwe, że odbieram Racę jako takiego Dobrego Szczaniaka przez kontrast z Uną, która jako szczeniak biegała po ścianach, spała maksymalnie cztery godziny na dobę (i to nie jednym ciągiem) i jak siadała, to na tak krótko, że miałam problem z zanaczeniem tego klikerem :) ale przecież i Racy energii odmówić nie można :Dw pędzie
tylko jakoś znacznie łatwiej nad tą energią zapanować ;)

A co Una na to wszystko? Na początku była strasznie smutna, ale jest coraz lepiej :)

Una i Raca

tylko czasem usiłuje wymusić moje zainteresowanie na milion sposóbów, z których 999999 może się skończyć jej śmiercią z moich rąk ;)

11:27, hulajdusza4
Link Komentarze (4) »
wtorek, 07 września 2010
Reaktywacja, czyli przedstawiam Racę

Zostałam zmuszona, wyciągnięta za uszy i kompletnie sterroryzowana, żeby reaktywować dogorywającego bloga. A powód ma cztery łapy, sterczące uszy, czekoladowe futerko i jest wymarzony, wyśniony i wyczekany. I nazywa się Morgans Dream, aka Raca, znaczy się - wystrzałowa dziewczyna :)

Raca

Raca

Raca jest australijskim kelpie, ma jakieś 14 tygodni i jest z nami od 2 :) Jest pełna energii, chęci do zabawy, otwarta na ludzi, i - jako dziewczyna ze wsi - nieco zaskoczona wielkim światem pełnym samochodów, bloków, ludzi... Bo wiecie, ona urodziła się w miejscu, gdzie miała taki widok z podwórka:

widoczek

Nieźle, co? :)

Tak więc ja przyzwyczajam się do posiadania dwóch ogonów

dwa ogony

jest, co tu dużo mówić, inaczej :)

 

Acha, skoro Racucha przedstawiam, to może kilka słów o jej rodzicach.

Mama - Ag.Ch. Dragonheart Dark Destroyer "Zico"

Zico

Zico poznałam w Gelsenkirchen na European Open w 2008 i, co tu dużo mówić, spodobała mi się :) Dlaczego? No, na przykład dlatego:

 

Racy ojciec - Elfinvale Legend "Zuma", bardzo fajny pies sprowadzony z Australii:

Zuma

 

To teraz trzymajcie kciuki za regularne blogowanie :D

Una i Raca

13:15, hulajdusza4 , Raca
Link Komentarze (5) »
sobota, 08 maja 2010

Ile to czasu minęło od ostatniego wpisu? Dużo niestety, i dużo się działo, i dobrego, i złego... o części tu napiszę, a o części nie... może kiedyś, później...

W styczniu gościliśmy w Polsce niezastąpionego Nigela na agilitowym seminarium, na którym niestety Una zakulała. Przyczyną okazał się być bliżej nieokreślony uraz tkanek miękkich. Troszkę histeryzowałam na ten temat i w efekcie Una nie agilitowała aż do kwietnia.

W lutym byłyśmy - ponownie - w Siennej na konferencji. Wolne przedpołudnia spędzałyśmy szwędając się po górkach - spokojnie i niespiesznie ze względu na Unową łapę

Una w górach

a popołudniami ja pracowłam, a Una grzecznie spała

Una na kanapie

Pod koniec marca wreszcie zima odeszła, śniegi stopniały i można było nacieszyć oczy pierwszymi kolorami

krokus

Pozwoliłam też wreszcie Uniakowi na trochę szleństw...

z piłką

W kwietniu zainaugurowałyśmy sezon pływacki

w wodzie

i gościliśmy na naszym terenie Darka Radomskiego i silną ekipię szkolących się dogfrisbiarzy

Java

W kwietniu też pojawiłyśmy się wreszcie na zawodach agility (w Czeladzi), które były bardzo sympatyczne i na których dobrze mi się biegało. Tylko jakoś bez efektów :)

Maj zaczęłyśmy bardzo agilitowo, fantastycznymi zawodami w Bydgoszczy, na których startowała rekordowa liczba Artefaktowiczów (Ania&Bibi, Ewka&Haker, Martyna&Daisy, Kinga&Shaggy, Tośka&Loca, Paula&Wena, ja&Una) :) i do tego każdy zaliczył jakiś większy lub mniejszy sukces, większość też przynajmniej raz stanęła na podium :) Hura! :D

A największe "hura!" dotyczy tego biegu:

czyli wygranego egzaminu A2 :) Co dało nam awans do A3!! :D

Do tego - żyć nie umierać - fotografów w bród było, więc i mój czarny Uniak na fot trochę się załapał! Autorom zdjęć serdeczne dzięki!

 

A o reszcie... Wam może kiedyś opowiem... tymczasem - kciuki potrzebne!

22:15, hulajdusza4 , agility
Link Komentarze (3) »
wtorek, 01 grudnia 2009
Slalomowe szaleństwo

W ostatnią niedzielę spotkałyśmy się znów z Paulą na hopkach i dostałyśmy totalnej, slalomowej głupawki :) Efekty głupawki znaleźć można w sieci, a jakże! Oto one:

17:07, hulajdusza4
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9