Kategorie: Wszystkie | Filmikowe | Ilustrowane | Raca | Relacje | Samo gadanie | Zapiski o... | agility
RSS
czwartek, 14 sierpnia 2008
Urodziny!!

Melduję, że moje kochane 
 

dobrze wychowane


i zupełnie, ale to zupełnie normalne zwierzątko


Świętuje dzisiaj czwarte urodziny!!


Prezent z tej okazji to bajecznie drogie :o zdecydowanie oczojebne ;) szeleczki, zakupione na European Open (podszyte neoprenem, z dożywotnią gwarancją :))


Kolor jest nazbyt intensywny, żeby go było dobrze widać na czarnym psie w słońcu...

Ech, kiedyż to minęło?

środa, 13 sierpnia 2008
Wakacje, wakacje i po wakacjach... (cz.2)

Kolejnego dnia, zaopatrzone w mapę, postanowiłyśmy wybrać się na Radogost - taką górkę z wieżą widokową z roku 1912 (tak twierdził przewodnik). Zejść miałyśmy ścieżką dydaktyczną, a następnie wrócić do samochodu polną drogą. Na szczyt weszłyśmy bez problemów, znalazłyśmy oznaczenia ścieżki dydaktycznej, która jednak wyprowadziła nas w kompletnie inne miejscie, niż, wg mapy, miała Przetuptałyśmy więc spory kawałek asfaltem i brzegiem ślicznego rezerwatu "Nad Groblą" wróciłyśmy tam, gdzie chciałyśmy
Generalnie jednak na tej trasie mało było interesujących obiektów fotograficznych, więc zdjęć garstka tylko:
Wieża (nota bene, na wieży jest podany rok 1890; no i nieodłączne ślady obecności ludzkiej )


Widok z tej wieży


I leśne impresje z drogi:


Kolejnego dnia postanowiłyśmy pójść do Wąwozu Siedmicy (przez który, jak sama nazwa wskazuje płynie potok Młynówka). Plan był prosty, dojeżdzamy do wsi, idziemy zielonym szlakiem, przez Ruski Most i dochodzimy do Wąwozu. Przechodzimy go i wracamy brzegiem rezerwatu, dobijamy do niebieskiego szlaku i wracamy do samochodu.

Tak więc dojechałyśmy do wsi, znalazłyśmy zielony szlak, przeszłyśmy przez Ruski Most, odsapnęłyśmy na ślicznym miejscu postojowym, poszłyśmy dalej i zrobiłyśmy takie oczy Albowiem znak wskazywał, że należy skręcić w TO:

Tak, tak, proszę państwa, zielony szlak idzie sobie w najlepsze przez te chaszcze, sięgające mi do piersi. Jak się dobrze przyjrzeć, to nawet widać którędy a ja miałam krótkie spodenki
Byłyśmy twarde. Przeszłyśmy. Przeskoczyłyśmy przez 10 powalonych drzew (na jednym był nawet znak szlaku ). A kiedy trawa sięgała już tylko do kolan, spojrzałyśmy w tył:

(znak szlaku na pierwszym drzewie od lewej).

Jakiś czas później szlak zniknął. ZNIKNĄŁ. Charakter lasu się zmienił, otaczały nas piękne sosny, poszycia brak i ani śladu ścieżki. Znaków szlaku brak. A my mniej więcej w środku ścisłego rezerwatu przyrody... Cóż było robić - poszłyśmy na azymut - słońce w lewe ramię i idziemy Doszłyśmy tam, gdzie było w planie, zniosło nas tylko trochę
A potem, zgodnie z planem, skręciłyśmy z asfaltu, za przystankiem autobusowym a przed rzeczką, droga wyglądała solidnie i napawała nas nadzieją. Ale jak już weszłyśmy nią daleko w las, zaczęła robić się coraz mniej widoczna, aż w końcu zniknęła całkiem. Znalazłyśmy się więc gdzieś w środku lasu, nie widząc ani śladu drogi Ładnie w lesie było, owszem:

poszłyśmy zatem znów "na szagę", kierując się słońcem i doszłyśmy... do zielonego szlaku dokładnie w to samo miejsce, gdzie poprzednio szlak nam zaginął zatem droga powrotna wypadła nam znów przez te chaszcze

I jeszcze impresje na temat potoku Młynówka:




Tamtego dnia wybrałyśmy się ponownie na Czartowskie Skały, tym razem od łatwiejszej strony. Widok z tej górki jest bardzo piękny i miałyśmy nadzieję na ładne światełko o zachodzie słońca. Niestety - zawiodłyśmy się srodze. Popełniłam zatem tylko trochę sztampy:




Kolejnego dnia postanowiłyśmy wybrać się ścieżką dydaktyczną znakowaną znakami muflona. Udało nam się znaleźć jeden (słownie: jeden) znak tej ścieżki dydaktycznej:


Co stało się z resztą? Nie wiemy... gdzie zaginęły tablice informacyjne? Też nie wiemy Cóż, przeszłyśmy sobie trasą mniej więcej zgodną z trasą tej ścieżki wg mapy, z rozpędu wlazłyśmy na Górzec, wróciłyśmy do samochodu, stwierdziłyśmy, że już na nic, ale to na nic nie mamy siły. I pojechałyśmy do Wąwozu Myśliborskiego od drugiej strony. Początek był znacznie piękniejszy niż od tamtej strony, którą widziałyśmy, bardziej dziki, upstrzony skałami. A potem przekroczyłyśmy wszystkie czerwone tablice z zakazem wstępu - W Centrum Edukacji Ekologicznej powiedzieli nam, że można - i weszłyśmy nieśmiało w miejsce magiczne. Zamknięta część Wąwozu jest naprawdę przepiękna, po bokach wyrastają majestatyczne skały i skałki i człowiek czuje się jak w innym świecie. Niestety - zrobienie zdjęcia, które oddałoby tę magię, wymagałoby wielu godzin tam spędzonych w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca i światła, ustawienia się ze statywem etc. Więc musicie mi wierzyć na słowo... bo pokazać Wam mogę tylko kilka detali:


Ostatniego dnia postanowiłyśmy wybrać się na krótką trasę spacerową ścieżką dydaktyczną śladami kamieniołomów i kopalni. O dziwo, ścieżka była! Co prawda szłyśmy ją od końca do początku, zamiast od początku do końca... Widziałyśmy zatem ślady po kopalniach i kamieniołomach, chociaż nie powiem, żeby taki widok jakoś ogromnie mnie poruszał:


Za to las, którym prowadziła ścieżka, był po prostu fantastyczny!





Przy jednej z pierwszych tablic informacyjnych na ścieżce dydaktycznej (a więc dla nas pod sam koniec) znalazłyśmy informację, że można tam znaleźć różne ciekawe skały i minerały. Muszę powiedzieć, że takie grzebanie w skałkach jest nawet wciągające, zwłaszcza, jak zgodnie z zapowiedzią znajduje się coś zielonego:


Albo coś z niebieskim:


Albo coś z miedzią:


I zbliżenie:

Oglądanie skałek z bliska zafrapowało nas na tyle, że pojechałyśmy na hałdę po byłej kopalni barytu, gdzie również pogrzebałyśmy trochę...









A to moja ulubiona:


I tym skalnym akcentem, wraz z zachodzącym słońcem:

kończę relację z wakacji.
Dziękuję za uwagę
Wakacje, wakacje i po wakacjach... (cz.1)

Na wakacjach było fanatastycznie. Zresztą jakże mogłoby być inaczej? Byłyśmy w składzie:
- Bodzia, koleżanka jeszcze ze szkoły, aktualnie mieszkająca w Irlandii,
- Una,
- ja.

Pojechałyśmy do Parku Krajobrazowego Chełmy:


To na Pogórzu Kaczawskim, na południe od Legnicy, kraina wygasłych wulkanów:

(Czartowskie Skały)

A jak już się człowiek wdrapie na wygasłe wulkany, to i widok się przed nim rozpościera niezgorszy:




Wspomniałam Czartowskie Skały - oto one:

czyli cel naszej pierwszej wyprawy, wchodziłyśmy od tej strony, która jest na zdjęciu i tak - słusznie widzicie, że NIE MA tam żadnej ścieżki Stąd też seria ZDOBYWCY:




Drugiego dnia wyjazdu nieopatrznie posłuchałyśmy naszego gospodarza w kwestii trasy wycieczki. Trasa była taka - wjechać samochodem na szczyt, rozejrzeć się:

wrócić do samochodu, pojechać dalej Masakra

Dalej pojechałyśmy do Sichowa, gdzie w parku znajdują się pomnikowe okazy tulipanowców:


i platanów:


Po naradzie stwierdziłyśmy jednak, że to nam nie wystarcza Pojechałyśmy do Myśliborza, do Centrum Edukacji Ekologicznej i Czegośtamjeszcze, gdzie chciałyśmy kupić mapę. Nie udało się, bo wszystkie upoważnione do sprzedaży panie zajmowały się dziećmi. Zatem poszłyśmy bez mapy do Wąwozu Myśliborskiego. Szłyśmy sobie spokojnie, obok płynęła rzeczka (tzn potok Jawornik):


A kiedy zaczęło się robić ciekawie, pojawiła się tablica z informacją "Wąwóz zamknięty, obejście prowadzi zmienioną ścieżką dydaktyczną". Obejście było nudne...

Wróciłyśmy więc do Centrum Edukacji, gdzie jednak wciąż kłębił się tłum dzieci. Rozejrzałyśmy się, zobaczyłyśmy drogowskaz "Małe Organy Myśliborskie - 15 minut" - i poszłyśmy. Organy to skała, bardzo ciekawa i absolutnie niemożliwa to sfotografowania za to po drodze znalazłyśmy fajny punkt widokowy





(to zdjęcie ma dobrze ustawioną ostrość - na drzewko, ale rozgrzane powietrze drgało, stąd rozmycie)



Wróciłyśmy znów, tym razem udało nam się zakupić mapy oraz przewodnik dla zmotoryzowanych Pojechałyśmy zatem do Jawora, gdzie zjadłyśmy obiad - Uny pierwsza wizyta w restauracji!! Wyszło śmiesznie, zapytałyśmy, czy możemy wejść z psem, kelnerka spojrzała na Unę i zawołała "Ooo! Moja kuzynka ma identycznego! Też taki wariat??" Potwierdziłam, a pani nas wpuściła W czasie posiłku perfidnie pozwalałam mojemu psu żebrać - na leżąco Jak leżała, dostawała odrobinę surówki

W Jaworze obejrzałyśmy Kościół Pokoju (wpisany na liste UNESCO):


Wstęp był płatny, a pan, który kasował, chciał nas wspuścić do środka z psem Nie skorzystałyśmy...

Po tak wyczurpującym dniu wyskoczyłyśmy jeszcze na zachód słońca
Widok na Śnieżkę, jeśli nam gospodarz dobrze powiedział:


Widok na pola


I rzut oka pod własne nogi



22:44, hulajdusza4 , Ilustrowane
Link Komentarze (1) »
wtorek, 12 sierpnia 2008
European Open - zdjęcia

Najpierw ta część polskiej reprezentacji, którą udało mi się sfotografować:

Vigo

Vigo

Sunday:

Sunday

Grendelka

Grendelka

Mistrzowie:

Kategoria Small - owczarek szetlandzki Unique biegający z Suzanne Prier, Dania


Kategoria Medium - owczarek szetlnadzki Caja prowadzony przez Silasa Boogka, Niemcy:




Kategoria Large - border collie Back prowadzony przez tegoż samego Silasa Boogka, Niemcy:

No i reszta zdjęć: 

Sja
Sja

Sja

Tess
Tess

Tess

Zico
Zico

Zico

Bu
Bu

Lo
Lo

Ci, których nie znam:
border

acd

border

welsh

small 

Teddy?

Pogoda ;)
pogoda

European Open

European Open - Mistrzostwa Europy - rozegrane zostały w Niemieckim Gelsenkirchen. W szranki stanęło 650 psów z całego świata (z Europy, ale także z USA, Kanady, RPA...). No i cóż - i ja tam byłam, zdjęcia popełniłam, detki połapałam

Zawody - pomimo pogody - naprawdę bardzo sympatyczne, o ile o zawodach takiej rangi można tak powiedzieć Torki, zwłaszcza eLkowe - trudne, bardzo trudne, a także kosmicznie trudne, organizacja całkiem dobra, szczerze podziwiam ogarnięcie takiej ilości psów jednocześnie

Zawarłam kilka nowych znajomości (tworząc przy okazji autorską technikę zdobywania e-maili "na ekranik" ), usłyszałam kilka miłych słów o swoim psie który spisał się naprawdę świetnie - zabrakło nam doświadczenia na tak trudne torki (zresztą jak 190 psów łapie detki, to człowiek nie czuje się osamotniony ), ale zaliczyłyśmy jeden bieg i to w naprawdę ładnym stylu. Zresztą w detkowych biegach miałyśmy też kilka naprawdę ładnie pobiegniętych fragmentów

Z wrażeń ogólnych: brytyjskie bordery i brytyjski kelpie robiły niesamowite wrażenie zarówno prędkością, jak i wyszkoleniem, a brytyjscy przewodnicy zaskakiwali spójnością prowadzenia. Biegali naprawdę bardzo podobnie stylowo. Do tego mieli śliczne dresy, bardzo eleganckie, z haftowanym logo ichniego kennel klubu, imieniem przewodnika i imieniem psa
Ładnie biegali też bracia Czesi, Rosjanie lądowali wysoko jakoś tak niezauważalnie, Silas Boogk pędził jak szatan i - trzeba przyznać - dokonał czegoś naprawdę niezwykłego - wygrał zarówno w kategorii large, jak i medium! W smallach triumfowała Suzanne Prier z owczarkiem szetlandzkim Unique.

Suma sumarum jestem szalenie zadowolona z wyjazdu, z biegów mojej suczy, która w niedzielę dała z siebie więcej niż wszystko, z tego co udało mi się zobaczyć i obejrzeć, i ze znajomości, które zawarłam. I które szkoleniowo namieszały mi trochę w głowie

Do tego polska para - Iwona i Pipi - zajęła SIÓDME miejsce w kategorii small! Czapki z głów proszę państwa, bo zawody te są porównywalne poziomem trudności i poziomem zawodników z Mistrzostwami Świata!

Do tego Una miała szczęście wpaść Oldze pod obiektyw - wklejam razem z jej komentarzem, od którego tak mi się aż łezka w oku kręci:


Najlepszy gończy polski na Mistrzostwach Europy:







Moje zdjęcia - w kolejnym wpisie.
wtorek, 05 sierpnia 2008
Agilitowy tydzień

Tak naprawdę wtedy, kiedy marudziłam ;) miałam napisać relację z wyjazdu do Wrocławia. A potem było jeszcze European Open i wakacyjny wyjazd, więc się zrobiły zaległości. Ale może po kolei :)

W gościnnym Wrocławiu spędziłyśmy z Uną pięć długich dni pracowicie hopkując pod czujnym okiem niezawodnego Leszka Kalisza :) a śpiąc u niezrównanej Olgi, znanej w niektórych kręgach jako Rauni. Czas był to wspaniały, pogoda, mimo wszystko, dopisała, torki Leszek ustawiał wymagające i pouczające, więc po treningach wracałyśmy padając na twarze tudzież pyski ;) przy okazji z Olgą wygadałyśmy się za wszystkie czasy na tematy nam obu najbliższe (no wiecie, psy, agility etc ;)) Cóż tu dużo mówić - było świetnie! :)

Oto Olga z Sergiuszem, Sunday i Vigo:

rodzinka

Sergiusz:

Sergiusz

Sergiusz

Sunday

Sunday

Sunday

Sunday 

Vigo

Vigo

Vigo

Vigo 

Do tego, jeśli ktoś nie wie, Olga także jest fotografem! W związku z czym załapałyśmy się na trochę zdjęć! :)

Oto one:

Niestety wyjazd ten miał też niemiłe zakończenie... Jak część z Was wie, Una już dawno temu przeszła zapalenie mięśnia sercowego, wredne, nabyte paskudztwo, przechodzące bezobjawowo, którego skutki wyłapałam (jak to ujęła nasza wetka) wyłącznie dlatego, że mam świra na punkcie swojego psa ;) W związku z tym od nieco ponad pół roku jesteśmy pod opieką pani dr Pasławskiej, weterynarza-kardiologa z Wrocławia, no i przy okazji wizyty w tym pięknym mieście zajrzałyśmy także do Pani Doktor. Niestety okazało się, że zamiast spodziewanej poprawy pojawiło się pewne pogorszenie... :( W związku z czym Pani doktor zapisała Unie leki i nakazała prowadzanie psa na spokojne spacerki na smyczy do połowy września przynajmniej. Jest to trudne tym bardziej, że Una czuje się dobrze i uważa, że nic jej nie jest. Ale ponieważ jest szansa, że niedobre zmiany w sercu się cofną i Una wróci do pełnej sprawności, postaramy się wspólnie przemęczyć...

Od razu jednak pojawiły się dwa problemy - zaplanowany na tydzień później wyjazd na European Open oraz zaplanowany na dwa tygodnie później wyjazd na wakacje. Na pierwszą imprezę naprawdę chciałam jechać - i po długim namyśle i kilku naradach jednak z Uną tam byłam, dochodząc do wniosku, że te jedne, ostatnie na czas jakiś zawody już wiele nie zmienią. A na wakacje wziąć ją musiałam, bo nie miałam z kim jej zostawić... Ale o tych imprezach będzie już w kolejnych wpisach :)