Kategorie: Wszystkie | Filmikowe | Ilustrowane | Raca | Relacje | Samo gadanie | Zapiski o... | agility
RSS
poniedziałek, 07 maja 2007
20 marca - laureatki

Pogoda znów się popsuła - jest szaro, buro, ponuro i zimno  aż człowiek nie ma ochoty nosa z domu wystawić. Do tego roboty powyżej uszu, problemy na każdym kroku, no żyć nie umierać   

Ale koniec marudzenia! Moje zdjęcie o jakże wiele mówiącym tytule: "Piłkołapacz":

 

uzyskało zaszczytny tytuł "ZDJĘCIA STYCZNIA" na forum Dogomania.pl   

Docenione przez ogół dogomaniaków zdobyło także Nagrodę Specjalną   ufundowaną przez użytkowniczkę palmę - gustowną saszetkę na smakołyki:

 

Ślicznie dziękujemy   

//Przenoszę bloga, stąd niezgodność dat :)

17 marca - filmik z frisbee

Wczoraj w godzinach późnowieczornych poszłam do kumpeli po ten kabelek. Zazwyczaj spotykałyśmy się gdzieś w terenie, albo odwiedzałam ją w domu jej Rodziców, w jej własnym mieszkaniu byłam ledwie raz. Wiedziałam, które to wejście. I znałam piętro. Stwierdziłam, no nic, wjadę, zadzwonię z komórki i zapytam które mieszkanie. Wjechałam na odpowiednie piętro, Una rzuciła się na jedne z drzwi, wetknęła nos pod nie i rozmerdoliła się tak, że o mało jej tyłka nie urwało.   A ja myślałam, że będę mieć problem z trafieniem...

Skoro kabelek już był, przyszedł czas na zgranie filmików na komputer oraz ich obróbkę. Przyznam, że nie udało się złapać wszystkiego - ja sie z Uną bawiłam, a koleżanka kręciła, ale kiedy dobiegała do dozwolonej długości filmiku w swoim aparacie to musiała na chwilę przerwać. Dlaczego kilka fajnych rzutów i overków wypadło właśnie w te przerwy?   

No nic, po tym przynudnawym  (i przydługawym ) wstępie zapraszam na przydługawy i przynudnawy  filmik z frisbowych zabaw.

 //Przenoszę bloga, stąd niezgodność dat :)

22:09, hulajdusza4 , Filmikowe
Link Dodaj komentarz »
16 marca - filmik, którego nie ma

Dziś z samego rana wpadła do nas kumpela z aparacikiem i nagrała kilka filmików z frisbowych zabaw z Uną. Niestety - zapomniała o zabraniu kabelka łączącego aparacik z komputerem, więc na efekty owego nagrywania przyjdzie chwilę poczekać...

Teraz natomiast siedzę sobie w pracy i pilnie wgłębiam się w zagadnienie proteomiki ;) a Una leży w domu i śpi. Taką mam nadzieję w każdym razie ;)

//Przenoszę bloga, stąd niezgodność dat :)

14 marca - wiosna!

Wiosna chyba nas dopadła - świeci ostre, marcowe słonko, ale noce wciąż są zimne. Jest ślicznie :) Dopadło mnie też szare, ostro wołające o swoje prawa życie... Eeeech, taki life...

W niedzielę wyrwałyśmy się z Uną do lasu na spacer, w związku z czym chciałam napisać kilku słów o gończym w lesie, ale czas, czas goni, więc może innym razem.

W poniedziałek byłyśmy na zupełnie normalnym spacerku:

 

A we wtorek pojechałyśmy na spacerek rowerowy: dystans: 3,92 km, średnia prędkość: 10,8 km/h, prędkość maksymalna: 16,5 km/h (w kłusie oczywiście :))

Eeech, kiedy na znajdę trochę czasu, żeby się rozpisać...?

//Przenoszę bloga, stąd niezgodność dat :)

9 marca - fotki, fotki

Stwierdziłam, że dawno nie robiłam żadnych fotek mojej psicy, a dziś piękna pogoda aż się prosiła o wykorzystanie także fotograficzne :) Wzięłam więc późnym popołudniem aparat i psa i poleciałam na najbliższy trawniczek. Oczywiście słońce natychmiast skryło się za chmurami :( ale skoro już byłyśmy na dworze...

Po pierwsze to się chwalę, że Una dorobiła się nowej obroży - niebieska Lupine w łosie:

 
 

 Zakup powodowany był tym, że rogz mnie zawiódł :o Nie, nie, to świetne obroże i boskie wzorki, ale ja potrzebowałam obrożę, którą mogłabym zapinać i rozpinać jednym ruchem, tymczasem rogz, chcąc oszczędzać klamrę, ma dodatkowe "obejście" i trzeba końcówkę przełożyć przez kółeczko. To bardzo fajne rozwiązanie, ale nie w momencie, kiedy chce się ubrać/rozebrać Unę przed startem na agility  Więc kupiłam Lupine. Sprawia zupełni inne wrażenie niż rogz - jest szersza, ma szeroką, budzącą zaufanie klamrę i wkonana jest z innego, mniej delikatnego materiału. I jest śliczna :)

Potem usiłowałam sfotografować Unę stojącą na tylnych łapkach, co okazało się trudne do wykonania, tym bardziej, że komendę wydaje się tam prawą ręką. A lewą dziwnie trudno było mi focić  Powiedzmy, że mi się udało:

 

A potem, potem przyszedł czas na piłeczkę:

  

 
 
 
 

I jeszcze na deser - piłeczkowe przyczajki:

  • wersja A
 
  • wersja B
 

I to by było na tyle 

//Przenoszę bloga, stąd niezgodność dat :)

9 marca - inauguracja sezonu rowerowego

Właśnie wróciłyśmy z rowerkowej inauguracji sezonu 2007 :) Piękna, słoneczna pogoda zdecydowanie domagała się jakiejś aktywności fizycznej, więc rower został odkurzony, koła napompowane i hajda! Zaczęłyśmy delikatnie (zresztą eeech, moje kłopoty zdrowotne nie pozwalają mi na dużo :( ) - 2,7 km, średnia prędkość: 9,5 km/h. Oczywiście Una wróciła nawet nie zziajana (pomimo przerwy na rzucanie piłeczki), a ja - ledwie żywa   

Ale było prześlicznie - bajkowo błękitne niebo, słoneczko, zazielenione świeżą zielenią trawy, pąki na krzewach i drzewach, miękko chodzący rower i pies żwawo kłusujący u boku...

Eeeeech, żyć nie umierać...   

//Przenoszę bloga, stąd niezgodnosć dat :)

8 marca - życie z gończym

Dziś Dzień Kobiet :) Dostałam od kolegów w pracy pięknego, czerwonego goździka :) Ech, mają fantazję Moi Panowie :)

Wczoraj natomiast na wieczornym spacerku z Uną coś mnie tknęło. Wieczór, ciemno, pies czarny, w świetle latarni niewiele widać, a Una, jak zwykle na osiedlowych spacerkach - na flexi. No i coś mnie tknęło. Patrzę uważnie: krok normalny, pysk zamknięty i nic z niego nie wystaje. Ale coś nie gra. Coś nie gra. Psyk zamknięty, nic z niego nie wystaje, wzrok niewinny. Oooo, zbyt niewinny! "Una! Zostaw!". Una niechętnie wypluwa 15-to centymetrową kość   

Takie bywa życie z gończym...   

 //Przenoszę bloga, stąd niezgodność dat :)

6 marca 2007 - wizyta w Zielonej Górze

Ponieważ aktualnie nie dzieje się u nas nic ciekawego, wspomnę bardzo miłe wydarzenie sprzed dwóch tygodni. Byłyśmy sobie z Una z wizytą u Beaty i Kiary (hodowla owczarków belgijskich Donum Cordis) - były to cudowne dwa dni niekończących się spacerów... No i Beata pozwoliła mi pogalopować na swoim koniu, co samo w sobie było dla mnie zupełnie wystarczające do szczęścia (pomimo tego, że przez najbliższy tydzień łaziłam jak paralityk ;))

Kiara jest uroczą suczką (ma to po właścicielce ;)) i jest wśród tej nielicznej w Polsce elity, która ma prawo startu w klasie międzynarodowej obedience. Tak więc nie mogło nam zabraknąć treningu obi! Trening obi oczywiście się odbył, przeszkadzałyśmy sobie ze wszystkich sił ;) a Beata wykorzystała mnie do przećwiczenia aportu kierunkowego (w ćwiczeniu tym komisarz ringu kładzie dwa koziołki, przewodnik losuje prawy bądź lewy i wysyła psa po ten wylosowany, w wersji "trzecioklasowej" jest jeszcze pachołek, przy którym po drodze zatrzymuje się pies). Ja położyłam dwa koziołki, Kiara zaaportowała ten, który miała. A drugi koziołek został. Una zaczęła marudzić. Wyrywać się, szczekać. I genrealnie ze wszystkich sił usiłowała przekonać mnie, żebym jej pozwoliła zaaportować ten pozostawiony koziołek! :D Robiła wszystko, co jej przyszło do czarnego łba, żebym jej pozwoliła wykonać formalny aport obcego koziołka! :D Wiecie? To jest piękne! Takie chwile powodują, że człowiek uśmiecha się od ucha do ucha i upewnia się, że idzie ze swoim psem dobrą szkoleniową ścieżką :) Oczywiście pozwoliłam jej wykonać ten formalny aport i zrobiła go elegancko :) Pomimo, że koziołek był obcy, drewniany i zdecydowanie zbyt duży :) Moja morda kochana :)

//Przenoszę bloga, stąd niezgodność dat :) 

1 ... 6 , 7 , 8 , 9