Kategorie: Wszystkie | Filmikowe | Ilustrowane | Raca | Relacje | Samo gadanie | Zapiski o... | agility
RSS
piątek, 03 października 2008
Słodko - gorzko

W poniedziałek półtora tygodnia temu pojechałam z Una na kontrolę kardiologiczną do Wrocławia. Niestety, zgodnie z moimi obawami, okazało się, że znów mamy pogorszenie. Fragmenty Uny serca nadal rosną. Lekarze po naradzie ustalili, że jest to albo nadczynność tarczycy, albo kardiomiopatia. Kardiomiopatia jest genetycznie uwarunkowanym schorzeniem serca powodującym degenerację komórek serca (w tym przypadku - ich wzrost), procesu tego nie da się zatrzymać i prowadzi do śmierci.Można go jedynie spowolnić odpowiednim trybem życia i lekami. Tak więc pobrano Unie krew, żeby przebadać tarczycę i jak się domyślacie - kurczowo trzymaliśmy kciuki za złe wyniki tarczycy. Niestety okazało się, że tarczyca Uny jest wręcz wzorcowa, co sugeruje kardiomiopatię. Ponieważ ja jechałam na MŚAgility do Helsinek (o tym będzie w oddzielnym wpisie), dalsze rozmowy z naszą panią kardiolog przeprowadzałam już po powrocie. 

Pani doktor powiedziała, żebym nie traktowała tej diagnozy ostatecznie. Że będziemy jeszcze czekać i obserwować, ona będzie intensywnie myśleć, a ja mam się nie zamartwiać. Może ona reaguje na leczenie nieco inaczej? Ustaliłyśmy także, że Una może biegać - ma to być maksymalnie kontrolowany ruch - tzn może być nawet bardzo intensywny, ale bardzo krótki. Słowem, wracamy do treningów, bo tylko tam mam aż taką kontrolę nawet nie wiecie, jak się cieszę
Poza tym myślę, że dobrze to wpłynie na jej samopoczucie, to też ważne dla zdrowienia, prawda?

Tak czy siak - nie jest zbyt dobrze...

środa, 16 lipca 2008
Marudzę...

Na wstępie powiem, że kochana Telekomunikacja Polska, na łączach której działa mój internet, przeprowadza aktualnie prace modernizacyjno-naprawcze, w związku z czym albo serwuję po stronach w tempie kulawego żółwia, albo oglądam czerwoną lampkę "brak sieci"... więc i pisanie relacji na blog idzie mi jak krew z nosa...

Zaraz po tym wstępie psioczyć zamierzam dalej, tym razem na dogomanię. Dogomania, jak zapewne wszyscy wiecie, to taki psiarski portal i zdecydowanie największe polskie forum o psach. Są tam, jak też zapewne wiecie, działy o psich sportach, o rasach, o hodowli, off topiki... są też FOTOBLOGI. Dogomaniowe Fotoblogi zawsze były dla mnie niesamowitym zjawiskiem, to było coś innego niż taki blog tutaj, bo i poziom interaktywności był zupełnie inny. Fotoblogi stworzyły pewną społeczność, gdzie każdy w swoim wątku gadał trochę o swoich psach, trochę o swoim życiu, o radościach i smutkach, wklejał fotki jak je miał, jak nie miał, to gadał, jak nie miał nic do powiedzenia, to znikał. A wtedy nie raz i nie dwa ktoś znajomy wygrzebywał taki zapomniany fotoblog z 15 strony z pytaniem "co u Ciebie słychać?"... tworzyły się tam przyjaźnie takie całkiem nie-wirtualne, ludzie sobie pomagali, kiedy trzeba było... Teraz jednak Administracja forum Dogomania.pl postanowiła to zepsuć. Rozwalić. Rozczłonkować. Nasz Fotoblog został przeniesiony do działu Gończy polski -> Galeria. Znajomych trzeba szukać w wyżłach, owczarkach, labradorach... Dlaczego i po co? Dlaczego Administracja postanowiła rozbić tą międzyrasową społeczność na oddzielne, rasowe topiki? Dlaczego Administarcja postanowiła ciąć topiki na oddzielne? Dlaczego Administracja nie reaguje na prostesty użytkowników forum? No i jak mam pisać o nowym mieszkaniu, swoim pójściu do szpitala czy powodzi w garażu w dziale GOŃCZY POLSKI -> GALERIA? Jestem głęboko zniesmaczona i zastanawiam się, co z tym w ogóle zrobić... porzucić mój kochany fotoblog? zawierający spory kawałek mojego wspólnego z Uną życia? pisać go dalej tak, jakby to był fotoblog, a nie galeria gończego? Smutne to wszystko, bo co by nie mówić, Dogomania należy do Administratorów, ale żyje dzięki użytkownikom, dokąd więc chce zajść, jeśli użytkowników nie słucha? Jeśli ich terroryzuje?

niedziela, 09 marca 2008
Postrzelona?

No ale jak to? Przecież teraz jest sezon ochronny!! A tutaj podstępny, zabawowy strzał w plecy! Strzał z zabawy, której zasady są takie:

1. Podać link osoby, która nas "ustrzeliła",
2. Zacytować w swoim blogu reguły zabawy,
3. Wpisać 6 nieważnych, śmiesznych rzeczy na swój temat,
4. "Strzelić" do następnych 6 osób,
5. Uprzedzić wybrane osoby wpisując post na ich blogu.

Tośka - jak mogłaś? Mnie? Stateczną, spokojną, nuuuudną i znającą mało blogowiczów osobę? Eeeech...

 No ale spróbujmy:

1. Chciałam mieć spokojngo psa, takiego bardziej "na kanapę", miłego, przytulastego, lubiącego coś porobić, ale bez przesady. Mam gończego.

2. Gdybym była hodowcą, w życiu nie sprzedałabym sobie Uny.

3. Chciałam zrobić studia, żeby mieć mgr przed nazwiskiem, więc poszłam na takie, które sprawią mi jak najmniej trudności. Na coś naprawdę prostego. Skończyłam fizykę. Do dziś nie wiem, dlaczego ludzi to śmieszy...

4. Nie umiem tańczyć.

5. Mam fatalną pamięć do twarzy. Nie raz i nie dwa prowadziłam miłe konwersacje z osobami, które ewidentnie mnie znały. A ja nie wiedziałam kto to :o

6. Jako czterolatek wsadziłam między łapy doga niemieckiego małego kotka, powiedziałam "pilnuj!" i poszłam jeść obiad. Dog był z gatunku pożerających koty, ale w tej jednej sytuacji ani drgnął.

Czy cokolwiek z tego jest śmieszne? :o

Moje ofiary:

  1. Jacol (blog Irdy)
  2. weimariborzojka (blog dwurasowy)
  3. Ola (blog Zupy i Tekli)
  4. Kasia (blog Hasty)
  5. Kinga (blog Dina)
  6. Hania (dawno zapomniany blog Smyka)

Ha! Jest szósteczka!

piątek, 17 sierpnia 2007
Kurs dla hodowców PET-SET Alteri

W ubiegły weekend - 11 i 12 sierpnia - w ośrodku Fundacji Alteri w Brzeźnicy odbył się Kurs dla hodowców PET-SET. Jest to unikalna propozycja, z której, co oczywiste, bardzo chciałam skorzystać.

Zacznę od tego, że gdyby nie Hania, to by mnie na tym kursie być nie mogło. Jestem po operacji, słaba i niezdolna do większego wysiłku fizycznego, do tego musiałam wziąć ze sobą mojego przekochanego psa-potwora. Wsiadłam więc w pociąg, który w niecałe trzy godzinki zawiózł mnie i Unę do Warszawy, gdzie czekała na nas Hania. Z Warszawy pomknęliśmy aż do utraty tchu koni mechanicznych pod maską arcyciekawym "autobusem". Nasz "autobus" był to samochód koloru białego (a co, w końcu jestem blondynką Razz) typu kombi a w nim:
- ludzi: sztuk 4 (Hania, Agnieszka, Robert i ja)
- psy: sztuk 6 (Gawra, Irga, Kontra, Smyk, Altura i Una)
W takim to wesołym składzie dotarliśmy do Brzeźnicy Very Happy

Sobota zaczęła się od przedstawiania się sobie wzajemnie, ucieczki Smyka i tym podobnych rozrywek Wink A potem był wykład Jacka Gałuszki o ontogenezie behawioru, a więc o rozwoju osobniczym. Chociaż proces rozwoju jest procesem zdecydowanie niekwantowym Razz można go, w sposób nader ogólny, podzielić na pewne odcinki, a że najwięcej dzieje się w pierwszych okresach życia, to i tam tych okresów jest najwięcej. Jacek te okresy omawiał, zaczynając od okresu prenatalnego (wiecie, że na psychikę szczeniąt mają wpływ emocje matki w czasie ciąży?), przez neonatalny (kiedy to przeprowadzać się powinno wczesną stymulację neurologiczną), przejściowy (wiecie, że chociaż szczeniak ma otwarte oczy, to nie całkiem "rozumie" to, co widzi, a pomimo to fakt widzenia jest kolosalnie ważny dla jego rozwoju?), socjalizacyjny (wiecie, że szczeniak baaaardzo silnie koduje sobie preferencje dotyczące podłoża, na którym siusia, a ONki mają skrócony okres socjalizacji do 35 DNI??), młodzieńczy (wraz z okresem chuligańskim), dojrzałości aż po okres starości.
Było też o wczesnej stymulacji neurologicznej szczeniąt (wiecie, że powoduje ona także zwiększoną odporność na choroby?) i o testowaniu szczeniąt. Generalnie - kopalnia wiadomości i informacji, które teraz trzeba sobie przekuć na to co? kiedy? i jak? robić ze szczeniątami Smile

Drugiego sobotniego wykładu, wygłaszanego przez Hanię Łuczak - "Wiedza weterynaryjna" - także słuchałam z wypiekami na twarzy Surprised dla mnie - jako dla raczkującego hodowcy, był on niesamowcie cenny Exclamation Było tam wszystko, czego chciałam się dowiedzieć - a więc Hania mówiła o metodach wyznaczania okresu płodnego u suki: jakimi metodami można i jaka jest ich skuteczność. O metodach sprawdzania, czy suka jest ciężarna. O przewidywaniu daty porodu. I o samym porodzie Surprised jego fazach, jak przebiegają, co jest normalne, a co nie, kiedy interweniować, a kiedy nie, wyprowadzać sukę - czy i kiedy. O przerywaniu pępowiny i reanimacji szczeniąt Exclamation O tym, co powinno się mieć przygotowane do porodu. O tężyczce poporodowej. O ważeniu szczeniąt - dlaczego jest ważne. O chorobach szczeniąt Surprised
O najczęstszych chorobach zakaźnych (pod kątem - kiedy można dać szczeniaka do domu, w którym poprzedni pies padł na chorobę X). O pasożytach, żywieniu. I o dysplazji słów kilka. Ooo Surprised

Dzień drugi był dla mnie nieco mniej fascynujący Wink

Najpierw wykład Roberta Drozdy o sygnałach uspokajających - przyjemna powtórka znanych wiadomości Wink

Potem wykład Agnieszki Orłowskiej o udomowieniu psa, zaczynający się od burzy mózgów nt. jak do tego doszło? Coś tam wykombinowaliśmy Cool Potem analiza łańcucha łowieckiego - które jego elementy zostały uwypuklone, a które przygaszone w konkretnych grupach psów. I na koniec kilka słów o badaniach Belyaeva (słyszałam o nich wcześniej i zrobiło to mnie kolosalne wrażenie). Otóż Belyaev zajmował się srebrnymi lisami selekcjonując je na JEDNĄ CECHĘ - brak lęku przed człowiekim/przyjacielskość (oczywiście kryteria selekcji hodowlanej były dostosowane do aktualnego nasilenia tych cech w populacji). Po zaledwie 40 pokoleniach Belyaev otrzymał lisy, który łasiły się do ludzi, przybiegały na wołanie. I co z tego? Ano to, że KOLOSALNIE zmienił się także WYGLĄD hodowlanych lisów: miały KLAPNIĘTE USZY i były ŁACIATE! Poza tym miały cieczkę dwa razy do roku i wokalizowały. Podkreślę jeszcze raz to, co wydaje mi się tu niezwykle ważne: hodowla ukierunkowana wyłącznie na charakter spowodowała kolosalne zmiany eksterieru! Niesamowite!

Potem był mały pokaz wczesnego szkolenia szczeniąt: mały, zieloniutki szkoleniowo ogarek uczył się targetować i respektować "nie", a szalony Tymek pokazywał jak się waruje, siada i myśli przy kształtowaniu. BOMBA SmileSmileSmile

I to był koniec oficjalnej części... potem jeszcze siedzieliśmy i gawędziliśmy wspólnie o naszych psach i rasach, pożegnaliśmy się i pognaliśmy do domów...

 dyplom

czwartek, 10 maja 2007
Ciągle pada...

Dostałam ostatnio reklamację, że za mało dzieje się w Uny blogu  tak jakbym nie pisała o długoweekendowych zawodach i nie wklejała zdjęć, i w ogóle...

No ale w końcu klient nasz pan  Melduję więc, że w Poznaniu... pada deszcz. Wczoraj i przedwczoraj to padał z przerwami - tzn padał jak byłam na dworze, a jak wracałam - wypogadzało się. Dziś natomiast padał przez cały dzień. Trochę siąpił, trochę padał. A czasem mieliśmy piękne oberwanie chmury. A pies, jak to pies - deszcz czy nie deszcz, spacer się należy. Z bólem serca ubrałam się więc należycie i poszłam. Najgorzej było wyjść z domu, potem było już całkiem przyjemnie... pusto, spokojnie... Ze zdziwieniem odnotowałyśmy obecność na dworze wilczura, który na dodatek wbiegł prosto na Unę, która miała akurat w pysku piłeczkę. Skończyło się na dość sztywnym obejściu się wokół i poszliśmy w swoje strony. Wróciłam z lekka zmoczona, tu coś przemokło, tam coś... pocieszałam się jedynie myślą, że Una to była sucha jedynie w środku

 

poniedziałek, 07 maja 2007
16 marca - filmik, którego nie ma

Dziś z samego rana wpadła do nas kumpela z aparacikiem i nagrała kilka filmików z frisbowych zabaw z Uną. Niestety - zapomniała o zabraniu kabelka łączącego aparacik z komputerem, więc na efekty owego nagrywania przyjdzie chwilę poczekać...

Teraz natomiast siedzę sobie w pracy i pilnie wgłębiam się w zagadnienie proteomiki ;) a Una leży w domu i śpi. Taką mam nadzieję w każdym razie ;)

//Przenoszę bloga, stąd niezgodność dat :)

9 marca - inauguracja sezonu rowerowego

Właśnie wróciłyśmy z rowerkowej inauguracji sezonu 2007 :) Piękna, słoneczna pogoda zdecydowanie domagała się jakiejś aktywności fizycznej, więc rower został odkurzony, koła napompowane i hajda! Zaczęłyśmy delikatnie (zresztą eeech, moje kłopoty zdrowotne nie pozwalają mi na dużo :( ) - 2,7 km, średnia prędkość: 9,5 km/h. Oczywiście Una wróciła nawet nie zziajana (pomimo przerwy na rzucanie piłeczki), a ja - ledwie żywa   

Ale było prześlicznie - bajkowo błękitne niebo, słoneczko, zazielenione świeżą zielenią trawy, pąki na krzewach i drzewach, miękko chodzący rower i pies żwawo kłusujący u boku...

Eeeeech, żyć nie umierać...   

//Przenoszę bloga, stąd niezgodnosć dat :)

8 marca - życie z gończym

Dziś Dzień Kobiet :) Dostałam od kolegów w pracy pięknego, czerwonego goździka :) Ech, mają fantazję Moi Panowie :)

Wczoraj natomiast na wieczornym spacerku z Uną coś mnie tknęło. Wieczór, ciemno, pies czarny, w świetle latarni niewiele widać, a Una, jak zwykle na osiedlowych spacerkach - na flexi. No i coś mnie tknęło. Patrzę uważnie: krok normalny, pysk zamknięty i nic z niego nie wystaje. Ale coś nie gra. Coś nie gra. Psyk zamknięty, nic z niego nie wystaje, wzrok niewinny. Oooo, zbyt niewinny! "Una! Zostaw!". Una niechętnie wypluwa 15-to centymetrową kość   

Takie bywa życie z gończym...   

 //Przenoszę bloga, stąd niezgodność dat :)

6 marca 2007 - wizyta w Zielonej Górze

Ponieważ aktualnie nie dzieje się u nas nic ciekawego, wspomnę bardzo miłe wydarzenie sprzed dwóch tygodni. Byłyśmy sobie z Una z wizytą u Beaty i Kiary (hodowla owczarków belgijskich Donum Cordis) - były to cudowne dwa dni niekończących się spacerów... No i Beata pozwoliła mi pogalopować na swoim koniu, co samo w sobie było dla mnie zupełnie wystarczające do szczęścia (pomimo tego, że przez najbliższy tydzień łaziłam jak paralityk ;))

Kiara jest uroczą suczką (ma to po właścicielce ;)) i jest wśród tej nielicznej w Polsce elity, która ma prawo startu w klasie międzynarodowej obedience. Tak więc nie mogło nam zabraknąć treningu obi! Trening obi oczywiście się odbył, przeszkadzałyśmy sobie ze wszystkich sił ;) a Beata wykorzystała mnie do przećwiczenia aportu kierunkowego (w ćwiczeniu tym komisarz ringu kładzie dwa koziołki, przewodnik losuje prawy bądź lewy i wysyła psa po ten wylosowany, w wersji "trzecioklasowej" jest jeszcze pachołek, przy którym po drodze zatrzymuje się pies). Ja położyłam dwa koziołki, Kiara zaaportowała ten, który miała. A drugi koziołek został. Una zaczęła marudzić. Wyrywać się, szczekać. I genrealnie ze wszystkich sił usiłowała przekonać mnie, żebym jej pozwoliła zaaportować ten pozostawiony koziołek! :D Robiła wszystko, co jej przyszło do czarnego łba, żebym jej pozwoliła wykonać formalny aport obcego koziołka! :D Wiecie? To jest piękne! Takie chwile powodują, że człowiek uśmiecha się od ucha do ucha i upewnia się, że idzie ze swoim psem dobrą szkoleniową ścieżką :) Oczywiście pozwoliłam jej wykonać ten formalny aport i zrobiła go elegancko :) Pomimo, że koziołek był obcy, drewniany i zdecydowanie zbyt duży :) Moja morda kochana :)

//Przenoszę bloga, stąd niezgodność dat :)